Joanna_Guze (1)

100 lat temu urodziła się Joanna Guze

100 lat temu urodziła się Joanna Guze, tłumaczka wielu esejów i powieści Alberta Camusa. Wybitna historyczka sztuki i znakomita tłumaczka, pozwoliła nam wszystkim, zafascynowanym twórczością Camusa, na pierwszy kontakt z jego prozą, filozofią, publicystyką. Przez kilka lat pracowałem, zdanie po zdaniu nad „Człowiekiem zbuntowanym”, ze zdumieniem odkrywając, jak ogromnie blisko jest tłumaczenie polskie wobec sensu oryginału. „Upadek” to arcydzieło literackie, zaś jego przekład w żaden sposób nie zatraca mrocznego klimatu ostatniej, opublikowanej powieści Camusa. Joanna Guze nie tylko tłumaczyła Camusa, była również ogromną koneserką jego myśli, o czym świadczy zbiór jej esejów „Los i lekcja” z 2004 roku. W rocznicę urodzin, chciałbym złożyć hołd pamięci Pani Guze, dzięki której tak wyraźnie zmniejszył się dystans oddzielający Francję i Polskę.

 

dr Maciej Kałuża

houellebecq_1

Ludzko nieludzcy – proza Alberta Camusa i Michela Houellebecqa, esej Anny Fiałkowskiej

I. Zatrzaśnij ostatnie drzwi

Bohater Prostej historii Davida Lyncha zapytany o to, co jest najgorsze w byciu starym odpowiada, że jest to pamięć o tym, że kiedyś było się młodym. Młodym pytającym chłopcom rzedną miny, kiedy słyszą tę odpowiedź. Przedłużające się ujęcie na twarz głównego bohatera zmusza widza do refleksji, że i on kiedyś będzie mógł – a raczej musiał – wypowiedzieć te słowa.

Zmagać się z czasem – każdy człowiek musi wykonywać tę pracę na własną rękę. Operacje plastyczne, mordercze ćwiczenia, medytacja, joga, a może kuracja zielonymi koktajlami – wszystko to już teraz jest pod ręką, a efekt końcowy i tak będzie dokładnie taki sam. W egzystencjalizmie temat człowieka umieszczonego na przegranej pozycji jest traktowany inaczej. Albert Camus cały życie mówił o tym, kim jest człowiek, kim się staje, w kogo może się zmienić. Bezkompromisowo podchodził do ludzko-nieludzkich działań, zakładając, w jakże przecież banalny sposób, że najwyraźniej nic, co robi człowiek, nieludzkie nie jest.

Dlaczego młodzi mężczyźni pytają starszego człowieka, co jest najgorsze w byciu starym? Z pewnością spodziewają się jakieś sprośnej odpowiedzi, aby pośmiać się z nieprzystojnych staruszkowi fantazji. Michel Houellebecq w zupełnie bezkompromisowy sposób rozbraja mit starszego człowieka, któremu coś wypada. Bohaterowie Houellebecqa za każdym razem wybierają swoją własną ścieżkę, często postępując zupełnie karkołomnie; nawet jeśli w rezultacie zmuszeni są poddać się ogólnej tendencji, narracja powieści skłania czytelnika do zastanowienia się, czemu bohater walczył tak długo, zmagał się z problemem, aby w końcu skapitulować. Bez wątpienia Houellebecq nie boi się śmieszności, nie boi się oskarżenia o wulgarność albo sprośność. Mówi o starości, o tym, co czas robi z człowiekiem, jak odziera go z pewnej subtelności i tęsknoty, mówi o wiecznym poszukiwaniu tego, o czym marzyło się już jako młody człowiek, a czego dostąpić nie ma się nigdy.

Ten nacisk, wyraźnie położony na tonację czasu przeszłego to podstawowy punkt styczności dla prozy Alberta Camusa i Michela Houellebecqa. Dla tego ostatniego być młodym to po prostu żyć. Jego bohaterowie szamoczą się z upływem czasu, walczą o swój dostęp do młodości, do rozrywek zarezerwowanych tylko dla młodych, pięknych, gładkich, estetycznych. Często utożsamia się bohaterów Houellebecqa z samym pisarzem, jako że narracja w jego powieściach prowadzona jest z pierwszoosbowej perspektywy jakiegoś kresu drogi; są to wspomnienia, notatki postaci rzuconej w wir wydarzeń, która już jest u końca swojej podróży. W Upadku Alberta Camusa jest dokładnie taka sama sytuacja – snujący historię swojego życia Jean-Baptiste Clamence jest już w punkcie dojścia; zamknął za sobą wszystkie drzwi i analizuje teraz po tysiąckroć swoje decyzje, zachowania, przyzwyczajenia. Spowiada się spotkanemu przygodnie turyście, mówiąc bez ogródek o swoim wyrachowaniu, cynizmie i pysze. Zderzenie dojrzałości z przeżytymi w młodości beztroskimi i często okrutnymi dla innych sytuacjami skutkuje rozczarowaniem co do samego siebie i gorzką refleksją na temat kondycji człowieka – Camus próbuje w osobie Jean-Baptiste’a wykrystalizować absurdalny sposób myślenia o życiu jako o zbiorze działań niemal czarno-biało dobrych lub złych. Dźwięczący poprzez strony Upadku dzwon wyroku nad snującym swoje nieprzyjemne historie narratorem odbija się w uszach czytającego i skłania go, znowu, do refleksji nad własnym zbiorem uczynków wobec innych.

Ciało me, wklęte w korowód istnienia[1]

Zacząć jednak chciałabym od tej umęczonej sprośności, której w odpowiedzi Alvina Straighta najpewniej oczekiwali napisani i nakręceni przez Davida Lyncha pytający nastolatkowie. Ilekroć myślę o Michelu Houellebecqu, myślę o jego zmęczonej, zmarszczonej i zmartwionej twarzy, o jego ustach pozbawionych zębów i włosach oklapłych i posiwiałych. I nic sobie nie myślę; albo myślę, że prawdopodobnie właśnie tak chciał wyglądać. A może nie miał ani siły ani ochoty zrobić czegokolwiek, żeby wyglądać inaczej – przecież pieniądze ma, prawda? Sprośność w kontekście starszych mężczyzn to z kolei cecha nadawana im stereotypowo i odgórnie; niestety, w większości przypadków okazuje się nie być ona jedynie złośliwym stereotypem. Co bowiem staremu człowiekowi pozostaje? Często mówi się o starczym łakomstwie; jako że wszystkie inne czynności są już bolesne, niemożliwe, zapomniane, to jedzenie staje się źródłem rozkoszy. Staruszki przekrawające bezy w cukierniach, zgarbieni mężczyźni z wąsami oblepionymi pikantnym bigosem, trzęsące się ręce sięgające po kolejną rurkę z kremem. Obrzydliwe, prawda? Tylko chcą się nażreć, zanim cały pokarm będzie  im dostarczany przez rurkę zatkniętą w żyle. Obsceniczne jest łakomstwo u starych osób – a co dopiero jakaś żądza, pożądanie, potrzeby seksualne? Starego człowieka najłatwiej ze wszystkich innych form ludzkich obśmiać, bo jest przecież i najśmieszniejszy. Jeszcze próbuje, jeszcze porusza zmęczonymi nogami, wije się w swoim skracającym się życiu jak karaluch przewrócony na plecy. Zaciska wargi, strzela zamglonym spojrzeniem na boki – no i próbuje się dobierać do młodych dziewczyn, aby przywrócić sobie chociaż odrobinę młodości. Jakie to obrzydliwe dopiero! Jak ten obrzydliwy Michel Houellebecq może opisywać sceny erotyczne, niemal w każdej powieści implikując czytelnikowi, że to on chciałby być na miejscu narratora, że to on narratorem niemalże jest, że to właśnie on, bezzębny, wyłysiały, pomarszczony, to on chciałby gładzić jędrne piersi nastolatek i oddawać się tak bezwstydnie miłości cielesnej. Jak łatwo to obśmiać – odnoszę się tutaj do czegoś w rodzaju felietonu, zamieszczonego na stronie Krytyki Politycznej, zatytułowanego „List do mizogina”[2]. Autorka, Marzena Gębala, która zupełnie nie wiem, kim jest, próbuje wytłumaczyć Houellebecqowi, że jest brzydkim, starym człowiekiem, chorującym na impotencję podczłowiekiem, który jest podczłowiekiem dlatego, że nienawidzi kobiet i daje temu upust w swoich coraz słabszych książkach. Jest mi wstyd cytować ten tekst, jako że jest dogłębnie nieśmieszny i niesmaczny; nie wiem, czy był pomyślany jako tekst ironiczny, czy też jako początek jakiejś polemiki – dotyczącej czego: ageizmu? Seksizmu? Tego seksizmu, którego udaje się, że nie ma, czyli seksizmu względem mężczyzn?

Kpina ze starszego człowieka to rzecz przykra i niesmaczna. Z czasem nieuchronnie zmieniającym nie tylko rysy twarzy walczyć nie można i nie da się – chyba że za pomocą samobójstwa, wówczas na zawsze zostanie się zapamiętanym jako młody – dlatego można być pewnym, że każdy kiedyś będzie trzęsącą ręką sięgał w głąb talerza z herbatnikami. Czy autorka owego rzekomo zjadliwego tekstu nie boi się, że sama kiedyś przemieni się w bezzębną babę z plackami łysiny wśród strzępów farbowanych na fioletowo włosów? Prawdopodobnie nawet jeśli przemieni się kiedyś z młodej gniewnej w stereotypiczną szaloną staruszkę, to nie będzie już wtedy mówić na głos o swoich uczuciach i potrzebach innych niż podstawowe, fizjologiczne. Będzie w stanie powiedzieć: muszę oddać mocz, ale nie powie już nigdy nikomu: chcę się kochać. Jakie to przykre, że pisarz, który swoimi książkami tak naprawdę stawia kobietom pomniki, a w jego powieściach wyczuć można autentyczny, nieskończony zachwyt płcią piękną, możezostać podsumowany jedynie jako przeciętny brzydal, który jest „(…) samotny. I stary. I łysy. I brzydki. I niechlujny. A takich jak [on] są miliony”[3].

Ludzi w ogóle są miliony. Można się zagubić w myśleniu o tym, ilu to ludzi mieszka w Stanach Zjednoczonych, ilu ludzi w tej sekundzie umiera, a ilu ludzi mieszka w wieżowcu, w którym któreś z kolei mieszkanie na którymś piętrze właśnie przypadło mi zająć. W jakiś jednak sposób nie każdy jest taki sam, a niektórzy cały czas, jak trafnie ujął to Oscar Wilde, jednak patrzą w gwiazdy, mimo uciążliwego leżenia w rynsztoku. I Michelów Houellebecqów wcale nie jest wielu. Właściwie jest jeden tylko taki Michel Houellebecq, jak jeden jest Marcin Świetlicki i jeden David Lynch. Jak jeden był David Bowie, Andrzej Żuławski i Andy Warhol. Wszyscy oni są mężczyznami, którzy oskarżani byli o upodlenie kobiet, o wyraźny mizoginizm i nienawiść wobec płci pięknej. Jean-Baptiste Clamence mówi wyraźnie, że w „(…) obcowaniu [z kobietami] (…) zaspokajał nie tylko swoją zmysłowość, ale i jego upodobanie do gry”[4]. Jakież to dopiero mizoginistyczne – traktował kobiety rzekomo jako partnerki w grze, ale głównie jako jej przedmioty, czynił z nich plansze, na których można rozegrać partie chińczyka, albo znaczone karty do pokera, oczywiście w zależności od sprytu, odwagi i doświadczenia. Bohater Upadku jest, tak jak i Michel Houellebecq, tylko jeden. Houellebecq pisze swoje książki bezkompromisowo, bez wahania opisuje kontrowersyjne sytuacje, używając dosadnego języka, nie chowając się za metaforami. Albert Camus postępuje zupełnie inaczej, kreując swojego bohatera na rozgoryczonego, ale jednak rządzonego konwenansami upadłego, niegdyś bogatego mieszczanina, który, mimo przebywania długo w rynsztoku i w spelunie o nazwie „Mexico-City”, jednak nie może opowiedzieć dosadnymi słowami o swoich czynach względem kobiet.

Co chcę powiedzieć w tej części eseju – obecne porzucanie utrwalonych w skale pojęć „kalos – kagathos”, czyli piękna i dobra na zawsze sprzęgniętych razem, w Polsce odbywa się z wielkimi oporami. Dowodem na to chociażby jest ów felieton opublikowany w Krytyce Politycznej. Autorka zamiast skontrować dokładnie mizoginistyczne tropy, które odnalazła w powieściach Houellebecqa, posługuje się najsłabszym możliwym argumentem: wyglądem samego pisarza. Utożsamiając autora z narratorami jego książek próbuje powiedzieć, że wielu jest takich podstarzałych erotomanów. Z czym się niestety zgadzam – ilekroć zdarza mi się wyjść z domu w sukience, w krótkich szortach, w butach innych niż adidasy, od razu wiem, że przyjdzie mi się konfrontować z uśmieszkami, słodko-lepkimi komentarzami, a nawet z tą natrętną ręką z plamami wątrobowymi, która próbuje utorować sobie drogę na moje odsłonięte udo. Czy jednak Michel Houellebecq jest typowym starym dziadem, który gwiżdże na dziewczynę w mini mijającą go na ulicy? Nie sądzę, a nawet szczerze wątpię. Gdyby tylko autorka pamfletu zastanowiła się choć przez chwilę nad zadanym przeze mnie pytaniem, prawdopodobnie owego tekstu by nie napisała. Mnie smuci przede wszystkim odmawianie osobom nie-pięknym (a więc prawdopodobnie automatycznie brzydkim) okazji do bycia ludźmi. Ludźmi w pełni ludzkimi, a więc z fantazjami erotycznymi, niechęcią do danych osób czy czynności i z marzeniami. David Lynch podejmujący się ekranizacji historii Alvina Straighta, który to Alvin wymyślił sobie, że przejedzie pół Ameryki na kosiarce, aby odwiedzić chorego brata, prawdopodobnie chciał pokazać poprzez swój film, że może i starzy ludzie są niedołężni, śmieszni i nieudolni, ale jednak są ludźmi, a więc należy pozwolić im podążać ku ich marzeniom. Niech Michel Houellebecq kocha młode ciała, niech fantazjuje o siedemnastoletnich dziewczynach. Prawdopodobnie gdyby robił to samo ktoś młodszy, ale tak tylko o pięć lat, ze wszystkimi zębami i włosami, to nikt by takiego felietonu nie napisał.

Co najważniejsze: czy Houellebecq rzeczywiście jest mizoginem? Czy Albert Camus jest mizoginem? Czy każdy z wymienionych przeze mnie wcześniej mężczyzn jest mizoginem?

 

Czas — w twarzy mojej nienawistnie zakochany[5]

Nawet jeśli Houellebecq jest mizoginem, to stanowczo uzasadnia swoje poglądy: „Co właściwie kryje się w głowach kobiet? Tak łatwo zgadzają się na reguły gry. Czasami, gdy obserwują się nagie w lustrze, dojrzeć można w ich spojrzeniu coś w rodzaju realizmu, zimną ocenę własnych umiejętności uwodzenia, żaden mężczyzna nie umiałby tego osiągnąć”[6]. I znowu pojawia się gra w odniesieniu do relacji kobiety i mężczyzny. Czym jest owa gra? Jak się w nią gra? Jean-Baptiste Clamence mówi „grałem więc w tę grę”[7]. „Wiedziałem, że kobiety nie lubią, żeby iść zbyt szybko do celu. Wpierw trzeba rozmów, czułości, jak one powiadają”[8] – Albert Camus w swojej książce zdaje się budować swego rodzaju traktat na temat poznania większości kobiecych cech. Tak jak obecnie czyta się w artykułach, że mężczyzna i kobieta inaczej postrzegają akt seksualny. Mężczyzna chce się dobrze bawić, chce zostać zaspokojony; kobieta natomiast postrzega zbliżenie jako dowód bliskości, uważa, że jedna noc może zmienić wszystko. Stereotyp ten podtrzymują filmy romantyczne, które gloryfikują akty seksualne i pokazują je jako najbardziej naturalne, czułe i wzruszające momenty, podczas gdy rzeczywistość nie jest tak kolorowa. W czym właśnie tkwi siła szczerości prozy Houellebecqa: u niego jest pot, płacz, nerwowe naciąganie prezerwatywy, impotencja ze stresu i ból.

Każdy człowiek potrzebuje bliskości. Bliskości niczym nieskrępowanej, takiej, której można zaufać bezgranicznie. Bliskość bezkondycyjna, która nie jest efektem jakiejś wymiany, transakcji, gry. Jednocześnie jednak człowiek nie jest w stanie otworzyć się bez strachu przed wyśmianiem. Boi się swojej słabości, wstydzi się swojej potrzeby miłości. Poszukiwanie bliskości, jakkolwiek w nieudolny sposób, to motyw, który łączy Upadek Camusa i chociażby Możliwość wyspy czy Platformę Houellebeqa. Narratorzy powieści grają zawsze w tę samą grę: zwodzą i uwodzą, przekonują i zmuszają kobiety, aby zapewniły ich, że są wartościowi. To nic innego jak właśnie owa potrzeba zapewnienia, że jest się ciągle żywym, że jest się ciągle człowiekiem, który jest w stanie poczuć ciepło innego człowieka. Jean-Baptiste Clamence mówi dobitnie o ludziach, że „chcą łaski, potwierdzenia, swobody, szczęścia istnienia i, kto wie, ponieważ są także sentymentalni – narzeczeństwa, świeżej dziewczyny, lojalnego mężczyzny, muzyki.”[9]. I konkluduje: „Czy wie pan, o czym marzyłem na przykład ja, który nie jestem sentymentalny: o miłości zupełnej, sercem i ciałem, dzień i noc, w nieustannym uścisku, w rozkoszy i uniesieniu, i to przez pięć lat, a potem śmierć. Niestety!”[10]. Albert Camus zmienia punkt widzenia w przeciągu akapitu: twierdzi najpierw, że to sentymentalność wymusza na ludziach pragnienie miłości, po czym wkłada w usta swojego narratora twierdzenie, że nie był on wcale sentymentalny, a jednak pragnął miłości absolutnej. Jej uwieńczeniem powinna być śmierć, aby nic nie zepsuło sielanki. To zupełnie jak historia opowiedziana w Platformie: narrator, zresztą Michel, snuje szczegółową opowieść o poznaniu na wycieczce do ciepłych krajów nietuzinkowej dziewczyny, która bez żadnych skrupułów i wymagań zakochuje się w nim niemal dokładnie w ten sposób, jaki on tego potrzebuje. Ich romans jednak nie kończy się tak, jak to zaplanowali, dzięki czemu historia może zostać opowiedziana do końca, a czytelnik doznać może katharsis.

Houellebecq rozsnuwa wizję miłości absolutnej w ten sam dotkliwy sposób, co Camus. Mówi o tym, że jego doświadczenia z miłością cielesną były tylko grami, wprawkami do prawdziwej gry, preludium do głównego aktu opery. Dlaczego jednak bohaterowie tych dwóch powieści zadowalają się przez większą część ich życia jedynie ochłapami, płatnymi gierkami, próżnym zwodzeniem kobiet? Czemu oddają się tym czczym rozrywkom, skoro wiedzą, że chcą wielkiej miłości, prawdziwego uczucia? Jest to niemalże sedno egzystencjalizmu: w pogoni za potrzebą odnalezienia sensu swojego istnienia bohaterowie decydują się nawet na wątpliwe na pierwszy rzut oka działania, aby choćby przez krótki czas poczuć się jako potrzebni, dobrzy, odpowiedni. Houellebecq konstruuje swoich bohaterów jako tragicznych, zagubionych mężczyzn, błądzących jak duchy po swoim pustym życiu. Jean-Baptiste Clamence włóczy się po ulicach Amsterdamu, wspominając swoje dostatnie życie sędziego, które mimo że teoretycznie różniło się od sytuacji w której opowiada historię swojego życia – przecież autentycznie zdawał się wierzyć przez jakiś czas w swoje działania i traktował je jako wartościowe – to w praktyce jawi mu się u kresu drogi jako całkowicie bezwartościowe.. Pustka, wymagająca zapełnienia, rana, która nie może się zabliźnić – tak zdają się być ukształtowane życia bohaterów prozy Camusa i Houellebecqa. Podążają oni jak ćmy za jakąkolwiek, najbledszą nawet wizją wybawienia, za odpoczynkiem od samotności, za chwilą wytchnienia od świadomości śmiertelności. Chwile spędzone z kobietami są zarówno u Camusa, jak i Houellebecqa, chwilami naiwnymi, momentami, w których zawieszona zostaje w rezultacie owa gra, która niezbędna jest jednak, aby do owych momentów zapomnienia doprowadzić. W efekcie jednak zostają oni sam na sam z coraz bardziej powiększającą się pustką, a także ze wstydem, z zawodem wobec życia i wobec nich samych. Bohaterowie Houellebecqa nagminnie wstydzą się swoich działań, powtarzają, że są to działania w ich odczuciu moralnie wątpliwe, nie są jednak w stanie powstrzymać się od nich; cały czas mają nadzieję, że to już ostatni taki krok, że wysiłek w końcu nie będzie zmarnowany, a gra zostanie w końcu zapomniana. Jean-Baptiste Clamence odgrywa jednak w swojej opowieści duchowego nędzarza, wie, że nie sposób poczuć się niewinnym, kiedy ma się na sumieniu tak dużo ludzkich przewinień.

Albert Camus w swoich powieściach i dramatach starał się ukazać człowieka obdarzonego kondycją na wskroś ludzką, a więc słabą i pożałowania godną. Wykonał wiwisekcję na zagrożonym społeczeństwie w Dżumie, a w Obcym na wyobcowanym ze społeczeństwa człowieku. W Upadku natomiast spróbował zmierzyć się ze zjawiskiem człowieka, który rzekomo doskonale wpasował się w otaczające go społeczeństwo, ale przegrał ze swoimi wewnętrznymi demonami. Jean-Baptiste Clamence to postać niemal tak absurdalna i tragiczna, jak bohaterowie konstruowani przez Kafkę. Podążał za swoją wolą, która w rezultacie doprowadziła go do klęski, jako że nie był w stanie udźwignąć swojego rachunku sumienia. Camus zadaje w Upadku fundamentalne pytania o sens życia: czy jest możliwe osiągnięcie spokoju umysłu, biorąc pod uwagę nie tylko swoją grzeszną naturę, ale i samą śmiertelność?

II. Uwierz wszystko jeszcze przed tobą najpierw kilka ulic[11]

Egzystencjalizm to trudny temat dla niemal każdego człowieka. Syn Tony’ego Soprano w momencie odkrycia Sartre’a właściwie od razu znalazł się na zakręcie swojego myślenia, który to zakręt doprowadził go do wielu bolesnych chwil, w tym dość wyszukanej próby samobójczej. Nie każdego aż tak mocno złamać może odkrycie, że człowiek jest słaby; najczęściej można się nauczyć radzić z tą wiedzą. Camus, podobnie jak wielu pisarzy z jego epoki, kreował bohaterów swojej prozy jako cyników, którzy swój cynizm często wykorzystywali do obrony przed swoimi własnymi gorzkimi ideami, a także tworzyli dzięki temu sztuczny dystans do siebie samego jako do istoty słabej. „Myślę sobie czasem, co powiedzą o nas przyszli historycy. Jedno zdanie wystarczy dla nowoczesnego człowieka: uprawiał nierząd i czytał dzienniki. Po tej tęgiej definicji temat, jeśli wolno mi to powiedzieć, będzie wyczerpany”[12] – tak mówi o ludzkości z XX wieku Jean-Baptiste Clamence, prawdopodobnie gorzko cedząc swoje słowa przez zaciśnięte z rozpaczy zęby.

Z punktu widzenia XXI wieku niewiele się zmieniło – bohaterowie Michela Houellebecqa, którzy utknęli na zawsze w czasach współczesnych, zajmują się głównie nierządem i dziennikami. Szczególnie postacie z Możliwości wyspy, które umieszczone w kapsułach przyszłości, skazane są wręcz na wieczne odczytywanie dzienników dotyczących tego, kim są i komu nieśmiertelność zapewniają. Najpierw jednak narrator powieści, Daniel, udać się musi na wyspę, gdzie odkrywa plany dotyczące rzeczywistości, która nadejdzie, a nawet już prawie nadeszła: „Udało im się, po dziesięcioleciach uzależnienia i wysiłków, w końcu im się udało, wygnać z serc jedno z najstarszych ludzkich uczuć, i teraz było to faktem; co raz zostaje zniszczone, nie może się na nowo uformować, podobnie jak kawałki stłuczonej filiżanki nie złożą się same z siebie, osiągnęli swój cel: w żadnym momencie życia nie poznają miłości. Byli wolni”[13]. Wolność od strachu, wolność od pożądania, wolność od świadomości istnienia – taką przyszłość rysuje Houllebecq w swojej powieści. Spełnia pragnienie Jean-Baptiste’a Clamence’a o możliwości prostego życia, życia jako ciało, które wypełnia swoje obowiązki i zaspokaja swoje potrzeby, ale nie jest już targane wewnętrznymi rozterkami, problemami, rozważaniami na temat dobra i zła.

Bohater Upadku mówi o sobie: „byłem stworzony do posiadania ciała”[14]. Roztacza wizję, że to właśnie dzięki swobodności, z jaką dysponował swoim ciałem, przyciągał do siebie ludzi, zarówno przyjaciół, jak i spragnione kontaktu z jego ciałem kobiety. Camus próbuje ukazać Clamence’a jako właściwie skazanego na ów tytułowy upadek; tropy i ścieżki, którymi podążał, z biegiem czasu musiały doprowadzić do klęski. Jean-Baptiste Clamence to człowiek udający altruizm, który wykorzystuje nawet dobre uczynki na rzecz innych aby tylko podbudować swoją samoocenę. Nie sposób tej budowy postaci nie zderzyć z konstruowaniem rzeczywistości w powieściach Houellebecqa, jako że niemal zawsze jego bohaterowie postawieni są na przegranych pozycjach, z których nie mogą zrobić prawie żadnej krzywdy innym. A nawet jeśli, to są oni zupełnie nieczuli na te ciosy. Warto jednak zadać pytanie: kim jest człowiek dobry? Czy to istota ze zbiorem dobrych uczynków na swoim koncie? A może to ktoś, kto po prostu nie czyni zła?

 

I tylko umarły nie kłamie[15]

Kłamstwo – to fundament wielu przewinień, grzechów, złych uczynków. Teraz funkcjonuje już w wielu formach: białe kłamstwo, kłamstwo z miłości, pół-kłamstwo; a także reklama, marketing, public relations. Oszust przecież oszustem nie jest dopóki się go na oszustwie nie złapie – prawda? Albert Camus w swoich powieściach i dramatach często piętnował kłamstwo i sam akt oszustwa; jego bohater Jean-Baptiste Clamence doszukuje się w swoich – jego zdaniem – dwulicowych działaniach także śladów oszustwa, czuje się jak kłamca, kiedy pomaga niewidomemu przejść przez jezdnię nie z dobroci serca, a dla poklasku i uznania mijających go przechodniów. Jego opowieść pod koniec zaczyna się zresztą załamywać i, leżąc na łożu śmierci, wyznaje, że „(…) w mojej opowieści trudno jest odróżnić prawdę od fałszu. (…) pewna osoba z mojego otoczenia dzieliła ludzi na trzy kategorie: na tych, którzy wolą raczej nic nie ukrywać niż musieć kłamać, na tych, którzy wolą raczej kłamać, niż nie mieć nic do ukrycia, i na tych wreszcie, którzy lubią i kłamstwo, i tajemnicę”[16]. Jak prosto określić ludzi na podstawie tych trzech założeń! Bohaterowie Michela Houellebecqa zdają się znajdować raczej w pierwszej lub czasami w drugiej przegródce, jako że zazwyczaj mówią wprost – albo raczej myślą wprost, o tym, co myślą o innych, o swoim otoczeniu, o sytuacji, w której się znaleźli.

Czy dobro to rzeczywiście szczerość, prostolinijność, autentyczność? Człowiek jest istotą słabą i słabą pozostaje, mimo swoich wielu prób podniesienia swojej wartości. Decyzje Jean-Baptiste’a Clamence’a, jego refleksje, zaniedbania, w końcu oszustwa – wszystkie te wybory skazały go na męczarnię, na dokończenie swojego życia w cierpieniu rozważania zawsze tych samych klęsk, mimo że twierdził uparcie, że „kocha [życie] tak bardzo, że w najmniejszym stopniu nie wyobraża sobie tego, co nie jest życiem”[17]. Clamence próbuje wybrać życie, próbuje wybrać hedonizm, jego wybór sprowadza jednak na niego wyniszczenie i klęskę, ów tytułowy upadek. Bohater Możliwości wyspy także wybiera życie, zgadzając się na wzięcie udziału w eksperymencie przystąpienia do sekty propagującej zdrowy styl życia, a także obiecującej spełnienie wszystkich marzeń ludzi, w tym przede wszystkim ukojenie lęków egzystencjalistów – unicestwienie śmierci. Michel Houellebecq roztacza jednak wizję nieśmiertelności nieludzkiej, która nieśmiertelnością tak naprawdę nie jest. Daniel 25,17 decyduje się w końcu, kierując się swoimi nad wyraz ludzkimi pragnieniami, porzucić tę iluzję , tym samym prawdopodobnie grzebiąc wysiłki naukowców na przetrwanie istoty o imieniu Daniel. Czy jego wybór jest dobry? Czy samolubne, skierowane tylko w swoją stronę działanie, może być dobre? Czy z kolei altruizm Jean-Baptiste’a Clamence’a, to dobro czynione w kierunku, rzekomo, innych ludzi, było dobrem prawdziwie dobrym?

Prawdopodobnie najłatwiej byłoby mi teraz odpowiedzieć, że dobro to postępowanie w zgodzie ze sobą. Michel Houellebecq jako przedstawiciel rzeczywistości raczej bliższej mi niż ta przedstawiana w książkach Alberta Camusa zdaje się sekundować mi w takim podejściu do życia. Nie chodzi tutaj o to, żeby za każdym razem wybierać tylko to, co jest najlepsze dla mnie, bez jakiejkolwiek myśli o innych ludziach. Najważniejsze to jednak kierować swoim własnym dobrem, jako że w zautomatyzowanym i w większości bardzo obojętnym społeczeństwie nie sposób jest być właściwie dobrym dla kogokolwiek obcego, a nawet czynienie dobra dla samego siebie zdaje się stawać coraz bardziej utrudnione. Zmonetyzowanie uczuć, uczynienie z każdego, nawet najmniej potrzebnego przedmiotu towaru, a także coraz mocniej postępująca i wylewająca się zewsząd i we wszystkich kierunkach nienawiść to zjawiska XXI wieku, które najmocniej i najdobitniej próbuje wiwisekcjonować Houellebecq.

Nie ulega wątpliwości, że pytania o kondycję człowieka to pytania, których się już raczej nie stawia. Postępująca automatyzacja działań, odgórne założenie rutyny i w rezultacie praktyczne zlikwidowanie czasu na jakiekolwiek rozważania to z pewnością coś gorszego niż spełnienie najgorszych wizji Alberta Camusa. Prawdopodobnie egzystencjaliści, wciąż mając przed oczami okropieństwa wojny i szerzącą się wśród ruin budynków biedę, nie mogli spodziewać się tego, że niebezpieczeństwo nadejdzie nie od strony głodu albo trajkoczącego niemieckiego automatu, ale będzie efektem nadmiernego hedonizmu (którego reprezentantem w pewien sposób jest także nadmiernie skoncentrowany na sobie Jean-Baptiste Clamence), bogactwa, które pozwoli na rozpasanie i zanik hamulców rodem z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Kiedy pierwszy raz miałam przeczytać tę lekturę z okazji zajęć z języka polskiego w gimnazjum, wzdrygałam się i uważałam, że to nic niewarta wizja nieudolnego pisarza. Musiało minąć parę lat, żebym zmieniła zdanie i zaczęła ostrożnie podchodzić do przykrego huxley’owskiego proroctwa, które to powoli kiełkowało w polskiej rzeczywistości, a które to proroctwo zabić miało samego Huxleya pięćdziesiąt lat wcześniej, kiedy zanurkował w głąb narkotykowego, kojącego snu.

Snute przez Jean-Baptiste’a Clemence’a rozważania, jego monologi pełne rozkładania rzeczywistości na części pierwsze, w dzisiejszym, znanym mi dość dobrze świecie, są nie na miejscu, są czymś, co prawdopodobnie nie znalazłoby żadnego słuchacza. Filozoficzne refleksje zniknęły z życia ludzi XXI tak samo jak filozoficzne refleksje zniknęły z francuskich filmów po przetoczeniu się nowej fali. Co nie znaczy, że nie miały one wartości lub że są zbędne – wręcz przeciwnie, jednak ogólne zapotrzebowanie czy, jak łatwiej powiedzieć, trend na tematy egzystencjalne przeminął zdawałoby się niemal bezpowrotnie. Stało się to niemal bezboleśnie; tak jak w Gildzie, filmie z 1946 roku w reżyserii dzisiaj zupełnie nieznanego Charles Vidora, wojna mija mniej więcej za kulisami, po prostu, gdzieś pomiędzy jedną a drugą długą nocą w kasynie. Aby w końcu zobaczyć osławiony – czy może niesławny? – rękawiczkowy striptiz tytułowej Rity Hayworth, trzeba obejrzeć wszystkie perypetie nienawidzącej się z miłości pary młodych, zagubionych w świecie bogactwa ludzi, stąpających po kontynencie, którego nie znają, a który jest dla nich zupełnie obcy. Takie filmy jak Gilda także zniknęły na długo przed moim urodzeniem z ekranów kin; opowieści o tym, co życie uczyniło bohaterom, jak stało się, że są w miejscu, z którego zazwyczaj ucieczki nie ma – tak jak Casablanca jest pułapką, tak i Montevideo to w którymś momencie klatka dla tytułowej pięknej Gildy, z której uciekać musi za pomocą całkowitego obnażenia się, ostatecznego zdjęcia maski.

 

Ale czy nie jestem jak cień, kiedy to, co napisane, zaledwie napoczyna nieznane[18]

Michel Houellebecq zdaje się kontynuować tradycję francuskojęzycznej prozy spod znaku Alberta Camusa, prozy pełnej autorefleksji i dręczących pytań dotyczących obecnego, jak i przyszłego stanu ludzkiej kondycji. W swoich kolejnych książkach ten rzekomo mizoginistyczny pisarz próbuje zgłębić naturę człowieka XXI wieku, zgnębionego przez zalew nowości technologicznych, uniewrażliwienie na potrzeby ludzkie, a także wszechobecny, pożerający podstawowe odruchy kapitalizm. Upadek Camusa to bolesna wiwisekcja natury człowieka, który swoje działania zaczął rozkładać na części pierwsze i dalsze, tak, że w końcu swoim początkowym, potępianym przez siebie do głębi brakiem działania, ściągnął wreszcie na siebie przewinienie, niemal jak bezprecedensowy bohater Zbrodni i kary Fiodora Dostojewskiego. Upadek ten jest nie tylko upadkiem Jean-Baptiste’a Clamence’a, ale to także opowieść o upadku jego wiary w ludzkość, w dobro, w samą istotę bycie człowiekiem.

Jak łatwo zderzyć tę gorzką wizję upadku wiary w wyższe wartości z sytuacją opisaną w najnowszej książce Houellebecqa, gdzie tytułowa uległość jest zarówno trucizną, jak i lekarstwem. Jako że obecnie dobro to coraz rzadziej – jeśli nie już właściwie nigdy – nie altruizm, szczerość i prostolinijność, a raczej skupienie się na działaniu pozytywnym w swoim własnym kierunku, to podjęcie przez narratora decyzji o swego rodzaju wyborze spokoju i bardzo przykrego, ale jednak zadowolenia i jedynej dostępnej satysfakcji, można określić jak wybór, z braku innego wyboru, jednak dobry. Uległość zdaje się manifestować, że człowiek XXI wieku podlega teraz ogromnej transformacji, że na naszych oczach dzieją się zmiany, których nie jesteśmy w stanie dostrzec, ale one w końcu się dokonają, a pojedyncza jednostka nie będzie już w stanie nie tylko odwrócić, ale nawet z nimi walczyć. Możliwe, że Michel Houellebecq od początku pisarskiej kariery próbuje ostrzec swoich czytelników przed tym, przed czym niejako przestrzega swojego słuchacza Jean-Baptiste Clamence: człowiek poddający się, człowiek w fazie upadku niejako może przestać być człowiekiem w taki sposób, w jaki postrzegamy istotę człowieka i jego człowieczeństwo. Proza Houellebecqa zdaje się coraz dobitniej docierać do mnie w miarę mijania kolejnych lat XXI wieku, które dane jest mi obserwować; prawdopodobnie przesadą jest mówić, że wyolbrzymione okropieństwa z wyobraźni francuskiego pisarza są już moim chlebem powszednim, ale prawdopodobnie ludzkość czeka jednak nieunikniony upadek. Czy wydarzy się on w wymiarze tak wsobnym, jak w Upadku Alberta Camusa, czy raczej tak jak w Możliwości wyspy Michela Houellebecqa, przyjdzie zweryfikować dopiero w przyszłości – bliskiej czy dalekiej, to ciągle jest na pewno niepewne.

[1]    Leśmian Bolesław, Poezje zebrane, Warszawa 2014, s. 513.

[2]    http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/panie-houellebecq-list-do-mizogina/ [20.06.17].

[3]    Ibidem.

[4]    Camus Albert, Upadek, przeł. Joanna Guze, Warszawa 2004, s. 46.

[5]    https://milosc.info/mieczyslaw-jastrun/jezeli-jeszcze-kiedys/ [20.06.17].

[6]    Houellebecq Michel, Platforma, przeł. Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska, Warszawa 2004, s. 128.

[7]    s. 46

[8]    Ibidem.

[9]    Camus Albert, op. cit., s. 103.

[10]  Ibidem.

[11]  Podsiadło Jacek, Nieszczęście doskonałe, Toruń 1987, s. 56.

[12]  Camus Albert, op. cit., s. 7 i 8.

[13]  Houllebecq Michel, Możliwość wyspy, Warszawa 2011, s. 321.

[14]  Camus Albert, op. cit., s. 23

[15]  Świetlicki Marcin, Wiersze, Kraków 2011, s. 294.

[16]  Camus Albert, op. cit., s. 91.

[17]  Camus Albert, op. cit., s. 58.

[18]  Sosnowski Andrzej, Pozytywki i marienbadki (1978-2007), Wrocław 2009, s. 203


anna_fialkowskaAnna Fiałkowska, lat 23, mieszka w Poznaniu. Obecnie studiuje filologię polską. Fanka Warhola, Bowiego i Tracey Emin. Czyta Houllebecqa, Grochowiaka i Hertę Muller. Dużo pisze, głównie prozę i poezję. Ostatnio publikowała online w Korporacji Ha!art.

ban22-kopia

10th Annual Camus Society Conference, Pedagogical University in Cracow, 17-18 November 2017

On behalf of Pedagogical University in Cracow, Albert Camus Society US/UK and Polish Albert Camus Society we kindly invite participants to 9th Annual Camus Society Conference, which will be held at Institute of Sociology and Philosophy, Pedagogical University in Cracow, 17-18 November 2017.

Abstract proposals for conference presentations (200-300 words) may be submitted until 30 September 2017. The general scope of presentations should relate to contemporary studies in Albert Camus’s philosophical, literary and dramatic achievement. Additionally, we welcome submissions for our special 2017 panel, dedicated to the theme: ‚Art and Craft of Teaching Camus’ , hosted by prof. Eric Berg. This panel of our conference will be fully dedicated to presentations, focusing on contemporary role of Camus’s work in high school and university education.

The abstract proposals will be evaluated in double-bind peer reviews, and invited speakers will receive confirmation of their acceptance by 15 October 2017.

Conference fee is 50 USD.

For further information, please contact Grace Whistler, conference coordinator: conference@albertcamus.pl

IMG_2615

Akcja z okazji 70 rocznicy wydania „Dżumy” Alberta Camusa!

Polskie Stowarzyszenie Alberta Camusa, wraz z Société des Études Camusiennes, Fundacją dla AGH oraz księgarnią Microscup w Krakowie serdecznie zapraszają wszystkich chętnych do naszej akcji: „Złap Bakcyla Czytania!”

Zabawa jest bardzo prosta: prześlij nam swój adres pocztowy, a my wyślemy Ci „Dżumę” Alberta Camusa do przeczytania.

Po przeczytaniu książki, zgłoś się do nas, a my podamy, na jaki adres należy książkę wysłać dalej. W ten sposób, do końca roku, stworzymy „Epidemię” czytania powieści, będącej jedną z najważniejszych książek XX wieku.

Wszystkich, którzy dzięki akcji przeczytają Dżumę, prosimy także o przesłanie nam zdjęcia z książką, pod koniec roku opublikujemy (za zgodą czytelników) galerię czytelników oraz mapę naszej „Epidemii”.

Adres, na który mamy wysłać książkę prosimy wysłać na maila: dzuma@albertcamus.pl

Bardzo prosimy, aby książkę trzymać nie dłużej niż miesiąc.

Po informacji, że książka jest przeczytana, lub po miesiącu, prześlemy informację o kolejnym, oczekującym czytelniku, wraz ze specjalnym znaczkiem pocztowym do wysyłki książki.

Do zabawy zapraszamy przede wszystkim osoby, które jeszcze nie czytały „Dżumy” Camusa!

O postępach naszej akcji będziemy informować na bieżąco na naszej stronie!

 

Będziemy bardzo wdzięczni także za przesyłanie nam waszych historii związanych z lekturą książki, które moglibyśmy opublikować na naszej stronie:

Kiedy przeczytaliście Dżumę? Co zapamiętaliście z tej powieści? Dlaczego jest ona dla was ważna?

Zapraszamy serdecznie do udziału w naszej akcji!

 

dr Maciej Kałuża

Założyciel Polskiego Stowarzyszenia Alberta Camusa

SEC
Zrzut ekranu 2016-07-07 o 12.57.26Zrzut ekranu 2016-07-07 o 12.54.54

Niewierzący i Chrześcijanin – dwa cytaty do refleksji

Zrzut ekranu 2017-04-26 o 22.55.39Przez długi czas podczas tych straszliwych lat czekałem, aby pojawił się wielki głos z Rzymu. Ja, niewierzący? Otóż to. Wiedziałem bowiem, że duch byłaby zgubiony, gdyby nie wykrzyczał potępienia, skonfrontowany z siłą. Wydaje się, że ten głos się pojawił. Chciałbym was jednak zapewnić, że miliony ludzi, takich jak ja, go nie słyszało i że w tamtym czasie wierzący i niewierzący dzielili samotność która rozrastała się, gdy mijały dni a egzekucje mnożyły się wokoło. Wyjaśniono mi od tamtej pory, że potępienie zostało wygłoszone. Miało ono jednak styl encykliki, który zupełnie nie jest jasny. Potępienie zostało wyrażone, ale nikt go nie zrozumiał! Któż jednak mógłby nie przeczuwać, gdzie leży prawdziwie potępienie w tym przypadku i nie widzieć, że ten przykład sam z siebie udziela częściowo odpowiedzi, być może nawet całkowicie odpowiada na wasze pytanie. Czego bowiem świat oczekuje od Chrześcijan, to aby Chrześcijanie wyrażali swoje zdanie głośno i wyraźnie, a swoje potępienie wyrażali w taki sposób, by najmniejsza wątpliwość nigdy nie pojawiła się w sercu najprostszego z ludzi. Aby odeszli od abstrakcji i skonfrontowali się z zakrwawioną twarzą,  jaką przyjęła dziś historia
Albert Camus, 1946

 

Zrzut ekranu 2017-04-26 o 22.55.28

Ileż to razy, w trudnych momentach dziejów można było usłyszeć: «Dziś ojczyzna potrzebuje bohaterów». W ten sam sposób moglibyśmy zapytać: A Kościół czego dziś potrzebuje? Potrzebuje męczenników, świadków, świętych codziennego, zwyczajnego i konsekwentnego życia. A także tych, którzy mają odwagę przyjęcia łaski bycia świadkami aż do końca, aż po śmierć.
[…] obozy uchodźców są obozami koncentracyjnymi dla tłumów pozostawionych tam ludzi. A wielkoduszne narody, które ich przyjmują muszą nieść ten ciężar, bo wydaje się, że umowy międzynarodowe są ważniejsze niż prawa człowieka
” – Papież Franciszek, 2017

 

Zrzut ekranu 2016-08-23 o 12.20.53

17 grudnia 1947 – Malraux o „Kulturze”

Lektura korespondencji Malraux i Camusa (wydana w październiku przez Gallimarda) jest, z wielu powodów, ogromnie interesująca. Komentarz Malrauxa do manuskryptu „Obcego” stanowi, niewątpliwie, jeden z najbardziej intrygujących listów na temat genezy powieści po publikacji korespondencji Camusa i Greniera.

Dla badacza z Polski jednakże to list, który pojawia się w zbiorze z datą 17 grudnia 1947, zasługuje na szczególną uwagę.W owym krótkim liście znajdujemy bowiem następującą, ogromnie ciekawą informację. Malraux napisał do Camusa:

Kapitan Czapski, który był, jak bez wątpienia wiesz, ostatnim adiutantem generała Andersa, oraz, ponadto, jednym z niewielu ocalonych z Katynia, zajmuję się głównym wydawnictwiem emigracyjnym polski, Kulturą. Chciałby on bardzo aby owo czasopismo mogło wydać jeden rozdział „Dżumy” (Albert Camus, André Malraux, Correspondance 1941-1959, Gallimard 2016, s. 64 tłum. własne)

Notatka z listu wskazuje, iż Camus odpisał 23 grudnia 1947, choć nie zachowała się jego, niewątpliwie przychylna odpowiedź.

Fragmenty „Dżumy” Camusa (Kazanie i śmierć Ojca Paneloux) ukazały się w Kulturze (Numer 4) w 1948 roku. 08cd9c27779abee8a5b6bdcbd10e630281136db4

http://kulturaparyska.com/pl/historia/publikacje/1948

Na temat relacji Malraux i Czapskiego, więcej dowiedzieć można się na stronie: http://www.jozefczapski.pl/czapski-i-andre-malraux/

 

 

 

 

 

 

Syria_UN013175_2016

Aleppo

Poruszeni potwornymi wiadomościami, dochodzącymi z Aleppo, gdzie mordowane są kobiety i dzieci, mając w pamięci pokojowe apele Alberta Camusa z 1956 roku, podczas wojny algierskiej, pragniemy przypomnieć, iż w naszym głębokim przekonaniu, przemoc która dzieje się na naszych oczach nie ma i nigdy nie powinna znaleźć usprawiedliwienia. Stanowczo potępiamy działania skierowane przeciwko bezbronnym cywilom. Sprzeciwiamy się represjom, jakie spotykają cywilów w Aleppo. Apelujemy jednocześnie do wszystkich Państwa o pomoc organizacjom, które jeszcze są w stanie dotrzeć do potrzebujących. Niech każdy z nas zrobi, co potrafi, aby w świetle pustoszącej Syrię wojny domowej, choćby symbolicznie, stanąć stanowczo po stronie ofiar, nie katów.

Maciej Kałuża

albert-camus-marchc3a9-aux-puces-1953

103 rocznica urodzin Alberta Camusa

Zastanawiałem się dziś rano, co napisać z okazji 103 rocznicy urodzin pisarza, filozofa i dramaturga, który tak istotnie wpłynął na moje życie. Położyłem na biurku w pracy mój plecak i w zasadzie odpowiedział na moje pytanie.
Studia nad myślą Camusa to dla mnie, od wielu lat, wybór książek, które wsadzam do plecaka rano, gdy idę do pracy. To lektura, w której, jak sądzę, nadal dotrzeć można do niezbadanych miejsc, do refleksji, które po upływie ponad 70 lat od napisania nadal wydają mi się aktualne i potrzebne. Nie czuję także, aby moje zainteresowanie Camusem było wyjątkiem. Dość niedawno, w kolejce po kawę, studentka zapytała mnie, usłyszawszy, że zajmuję się badaniami nad myślą Camusa, co przeczytać. Poleciłem jej Upadek, moją ulubioną powieść Camusa. Tydzień później spotkałem studentkę, przeczytała Upadek jednym ciągiem. Nie pamiętam też lekarza, który podczas wizyty, na wieść o tym, że zajmuję się myślą Camusa nie powiedziałby kilku ciepłych słów o Dżumie i Rieux.
Wspomnienia o Camusie zazwyczaj buduje się w oparciu o patos, powagę i wielkość myśli, prowokujące wyobrażenie o Camusie, zbudowanym z granitu. Zamienia się człowieka w głaz, którym jest przykryty na cmentarzu w Lourmarin. W studiach nad Camusem ogromnie lubię te momenty, w których biograf lub bliska mu osoba zdradzają coś na temat charakteru pisarza. Ogromnie ujęła mnie wypowiedź Pani Catherine Camus, która w dokumentalnym filmie na temat jej ojca powiedziała rzecz wartą zacytowania:
„Rodzice zawsze strofują dzieci, gdy te się objadają. Ale gdy ja się objadałam, wprawiało go to w śmiech. Nigdy nie sugerował, że to coś złego. On kochał życie. Nigdy nie czuło się, że on jest chory, wydawał się bardzo silny. Był pełen życia. Pełen życia”
Jean Camus wspomina, że ojciec miał ogromne poczucie humoru. Miał także ogromną słabość do Humphreya Bogarta i wizerunku twardziela. Łatwo więc domyślić się, jaki był jego wymarzony prezent urodzinowy, jeśli zacytujemy reakcję na otrzymanie od przyjaciółki, Mamaine Koestler, płaszcza marki Burberrys:
„Tyle kieszeni, pętelek, rzemyków etc. zaspokaja najwcześniejszą z much tęsknot (…) Wyglądam cholernie tough, co – jak wiesz – jest moim ideałem istnienia”
Twardzielowi, kochającemu życie, człowiekowi obdarzonemu ogromnym poczuciem humoru i wielką pasją dla literatury, sztuki i filozofii, życzymy dziś najserdeczniej, aby pamięć o nim trwała dalej!

Maciej Kałuża

(wspomnienie Pani Catherine Camus cytuję ze słuchu na podstawie wypowiedzi z filmu Madness of Sincerity. Fragment listu Camusa do M. Koestler, zob. O. Todd, Alber Camus, biografia, s. 586)

14963226_1135056733230311_191541804103310765_n

Spotkanie w Milanie, poświęcone zaangażowaniu Camusa w wydarzenia na Węgrzech z 1956 roku.

Nasi przyjaciele z Société des Études camusiennes przesłali nam informację o spotkaniu, poświęconym zaangażowaniu Alberta Camusa w sprawę powstania węgierskiego z 1956 roku. Na spotkaniu, które odbędzie się 20 listopada w Milanie, dyskutować będą znawcy i badacze myśli Camusa, wraz z Panią Catherine Camus, córką pisarza.

Szczegóły na temat spotkania dostępne są na portalu facebook: https://www.facebook.com/events/1361303457212996/